Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Prywatności
Design subiektywnie
22.01.2016 / Emilia Branecka-Ledwoń

Co to jest design?

Na początek wytłumaczę się z używania obcego terminu. Usprawiedliwieniem niech będzie definicja, wskazująca na pożądaną wieloznaczność pojęcia. Znaczenie angielskiego słowa design (dopuszczalna również spolszczona pisownia: dizajn) jest szersze od polskich odpowiedników. Pojęcie designu jest bowiem bardziej pojemne od n.p. zacnego wzornictwaTo ostatnie może być z powodzeniem używane, kiedy mówimy o materialnych wytworach projektowania oraz, w pewnych kontekstach o dziedzinie jako takiej (wzornictwo przemysłowe). Design zawiera jednak dodatkowo polskie znaczenie słowa projekt i na tym polega jego przewaga. Designer to projektant. Design to zarówno przelany przez niego na papier czy monitor komputera zamysł, jak i immanentna cecha zmaterializowanego efektu jego pracy. Design to cały proces zawarty w jednym słowie.

Co to za cecha, o której mowa? Czym jest design jako właściwość wytworzonej rzeczy? Ogólnie mówiąc, chodzi o to    j a k i będzie przedmiot (a także przekaz graficzny - nie zapominajmy o projektowaniu graficznym), jaką szeroko pojętą f o r m ę przybierze. Nie mam jednak na myśli jedynie wyglądu owej rzeczy. Niektóre definicje utożsamiają design z wyglądem. Jest to rozumienie bardzo zawężone, wypaczające sens projektowania. Forma przedmiotów, którymi jesteśmy na co dzień otoczeni nie jest dowolna, musi być podporządkowana ich funkcji. Funkcja przedmiotu - to do czego jest nam potrzebny, stanowi niejako jego treść. Forma ma zaś tej treści jak najlepiej służyć. Wygląd w designie nie jest czystą ekspresją projektanta czy "sztuką dla sztuki" ale wypadkową wielu założeń, które przedmiot winien spełniać. Projektant jest po trosze artystą, wynalazcą, jak i rzemieślnikiem czy inżynierem. Design to złożony proces, którego najważniejszym ogniwem jest odbiorca. Zadanie designera jest odpowiedzialne, ponieważ to za jego sprawą życie zostanie nam ułatwione lub choćby uprzyjemnione, bądź przeciwnie, będziemy się przez niego potykać, garbić lub tracić wzrok.

Co zatem z urodą przedmiotów? Czy z tego wynika, że jest nieważna, drugorzędna? Na pewno nie. I w tym także głowa projektanta. Piękno jest wartością, której bym nie umniejszała. Różnimy się typem wrażliwości i sposobem patrzenia na świat. Piękno może być różnie postrzegane i inaczej ustawione w naszej osobistej hierarchii. Jednak obcowanie z nim z pewnością jest ludzką potrzebą domagającą się zaspokojenia.

Tylko, jak mówi powiedzenie, czy ładne jest to, co ładne, czy to, co się komuś podoba? Nie ma niestety uniwersalnej odpowiedzi. Jak głosi jedna z ważniejszych prawd psychologii, każdy dostrzega w otoczeniu to, co "chce" zobaczyć. Nie jesteśmy odpowiedzialni za reakcje innych osób, ponieważ tak naprawdę, nie mamy na nie wpływu. Próby estetycznego zadowolenia wszystkich nigdy nie przynoszą niczego dobrego. Zwykle kończą się powielaniem schematów, asekuranctwem czyli wizualną nudą lub przeciwnie - nadmiarem i kiczem. Zamiast starać się przypodobać, projektant powinien mieć możliwość bycia odważnym i pragnąć zarazić odbiorców swoją wizją. Mając jednocześnie świadomość, że projekt mimo wszystko części osób nie będzie odpowiadał.

Gmach Filharmonii im. M. Karłowicza w Szczecinie projektu studia Barozzi. Fot. Filip Kacalski filharmonia.szczecin.pl

Z rozumieniem designu wiąże się paradoks. Z jednej strony jest on wszędzie i we wszystkim, zewsząd nas otacza. Z drugiej strony postrzegamy go jako pewien luksus, nieobecny w codziennym życiu. Jak to możliwe? Design można porównać do pogody. Tak, jak zawsze jest j a k a ś pogoda, tak technicznie, wszystko ma j a k i ś design, ponieważ zostało jakoś zaprojektowane i wyprodukowane. Rzecz w tym czy j a k o ś czy odpowiednio i z należytą dbałością. Mówiąc "nie ma pogody" mamy na myśli pogodę byle jaką, nie-przyjemną. Tak samo "brak" designu odczuwamy negatywnie - jako coś przykrego, co nam doskwiera. Brak decyzji jest decyzją. Nie przykładając wagi do tego, by produkty i nasza przestrzeń były rzetelnie i fachowo zaprojektowane popełnia się grzech obojętności, zbrodnię zaniechania.

Pieczątka modico R45 zaprojektowana przez Matyldę Golędzinowską i Bogusława Małczyńskiego nagrodzonych prestiżowym wyróżnieniem Red Dot 2010 w kategorii biuro.

Opis wspomnianego wyżej, dotkliwego braku czegoś, co jednak jest, ów nie-design czy anty-design, znalazłam w książce "Ostatnie Historie" Olgi Tokarczuk.  Autorka wymieniając otaczające bohaterkę przedmioty opisuje coś w rodzaju czyśćca czy stanu przejścia pomiędzy życiem a śmiercią, w którym ta się znalazła:

"Zobaczyła mały bar przy drodze, z namalowanym na białym tynku Kaczorem Donaldem. (...) Było to nieduże pomieszczenie całe obite plastikowymi, białymi panelami. Podłoga była wyłożona szarą, zimną terakotą. Bufet i wszystkie meble odlano z białego plastiku - ogrodowe krzesła i stoliki z dziurą w środku, w którą wstawia się parasol, wieszaki przy drzwiach, półki pod sztuczne kwiaty, doniczki. Wszystko inne było czerwone - solniczki i cukierniczki, pojemniki na serwetki, nylonowe zasłonki w oknach, obszyte białą koronką. Wszędzie nieznośny kontrast bieli i czerwieni (...) Wtedy kelnerka przyniosła jej jedzenie: sześć pierogów na plastikowym talerzu, polanych tłuszczem ze skwarkami. Obok położyła plastikowe sztućce na białej serwetce. I po drugiej stronie barszcz w plastikowym, miękkim od ciepła kubeczku. Barszcz był z torebki, a pierogi musiały być gotowe (...). Wzięła do ust kęs, nie miał smaku, był ciepły, to wszystko". 

Czy przygnębiająca puenta musi być taka, że design "ani nas ziębi ani grzeje". Generalnie wszystko nam jedno, byle było w barwach narodowych? Czy może jednak wszechogarniająca lichość jest wystarczająco nieznośna, żeby chcieć wyjść z niebytu?

Design to szeroki temat społeczny, dotyczący nas wszystkich, który często traktuje się jednak jak niszową dziedzinę związaną z produkowaniem ekskluzywnych dóbr. Wspomniane, dość powszechne skojarzenie z tym słowem streszcza się w znienawidzonym przeze mnie przymiotniku "designerskie". Ten słowny koszmarek straszy mnie od dawna w różnych wypowiedziach, redukując design do tego, co luksusowe i ekstrawaganckie - czytaj: drogie i na pokaz. Za sprawą owego słowa zamiast oznaczać (tylko i aż) "rzecz fachowo zaprojektowaną" design stał się synonimem snobizmu. Jak pisze Marcin Wicha  ("Jak przestałem kochać Design" ) tak odświętnie rozumiany design istnieje tylko po to by uzasadniać cenę. 

Jednakże, nie demonizowałabym mody na "designerskie" gadżety. Zastanowiłabym się raczej do czego one nam służą - jakie potrzeby zaspakajają? Czy chęć zamanifestowania własnego statusu, ustawienia się wyżej w hierarchii społecznej nie jest stara jak świat? Czy nie do tego od zawsze służyły przedmioty? To truizm ale gdzie i jak mieszkamy, co i na czym jadamy, w co się ubieramy i czym jeździmy określa naszą społeczną pozycję. Nie negujmy również zupełnie deklarowanej potrzeby otaczania się przedmiotami wysmakowanymi. Design służy również do przyjemności. Jeśli docenimy funkcjonalny przystanek, kasownik, lub czytelne oznakowanie, dlaczego nie może cieszyć nas również piękna wyciskarka do cytrusów (i nie mam tu na myśli pewnego opatrzonego przedmiotu na stalowych nóżkach).

Design to zarówno sztuka użytkowa jak i funkcjonalne, ergonomiczne, łatwe w obsłudze przedmioty podstawowego przeznaczenia. Może być jednocześnie codziennością i odskocznią od niej. Nie powinien być zarezerwowany ani dla jednego ani drugiego. Oczywiście razi mnie dyktat globalnych koncernów i praktyki wielu drogich marek. Skrajne przejawy materialnego hedonizmu w świecie, który nie radzi sobie z problemem głodu i dostępu do wody pitnej również uważam za dwuznaczne moralnie. Wszystko jest kwestią zachowania odpowiedniego umiaru. Dobra kawa w ulubionej filiżance i chwila wolnego czasu to także luksus. 

Z drugiej strony, tzw. rynek dóbr luksusowych istnieje od wieków i patrząc historycznie to on najchętniej doceniał design. Demokratyczne rozumienie designu jest zjawiskiem stosunkowo nowym. Prawo do designu dla każdego to coś czego dopiero się uczymy. Choć trzeba przyznać, że jako Polacy uczymy się niezwykle wolno. Opieszale przyswajamy fakt, że dobrze zaprojektowane środowisko należy się każdemu.

Przykład z życia: Od dzieciństwa przechodzę po pewnej kładce nad dużą ulicą. Za każdym razem wchodząc lub schodząc po schodach zastanawiam się jakie ukryte intencje miały osoby odpowiedzialne za ich zbudowanie. Czy z rozbawieniem spoglądają teraz z okien któregoś z pobliskich bloków, podziwiając pochód ministerstwa śmiesznych kroków, który nam zgotowały? Każdy pojedynczy stopień starcza na około trzy czwarte kroku - idąc schodek za schodkiem drobisz jak gejsza, idąc co dwa sadzisz susy godne Johna Cleese'a.

Uczestniczyłam pewnego razu w ożywionej dyskusji na temat warszawskiego Wilanowa - jego jednorodzinnej części (epoka lemingradu miała dopiero nadejść). Chaotyczna zabudowa i budowlana samowola (modernistyczne bunkry w sąsiedztwie zamków Gargamela i dworków szlacheckich w stylu polskim) wywoływały we mnie sprzeciw, który nieopatrznie wyraziłam. Koledzy zareagowali żywiołowo, poczuli się oburzeni tym pragnieniem zamachu na osobistą wolność obywateli. Ów architektoniczny miszmasz był ich zdaniem wyrazem elementarnego, nietykalnego, przypisanego każdemu prawa zbudowania sobie, na s w o j e j działce domu tak brzydkiego i "od czapy" jak to tylko możliwe, o ile przyjdzie mu taka ochota. Prawo do wizualnego ładu brzmiało śmiesznie przy prawie do wolności. Wyobraźmy sobie człowieka maszerującego z transparentem "prawo do designu" - czy nie weźmiemy go za wariata? 

Czy zatem planowanie przestrzeni narusza prawa człowieka? Dyskusja wywołała emocje, ponieważ dotyczyła konfliktu wartości. Wbrew pozorom nie była to dyskusja błaha. Pytanie bowiem czy jesteśmy w stanie zrzec się jakiejś części swojej osobistej swobody na rzecz czegoś innego, co także ważne? Czy to, co wspólne jest dla nas wartością? Gdzie przebiega granica pomiędzy tym co prywatne i tym co publiczne? Dom jest prywatny ale krajobraz, do którego jego bryła należy już nie. Płot Kowalskiego ale billboardy na nim widzi k a ż d y, kto przejeżdża obok publiczną drogą. Design przestrzeni publicznej wymaga kompromisów i wypracowania społecznej umowy.  

Opakowanie z linii kosmetyków botanicznych tołpa® botanic nagrodzone wyróżnieniem must have 2014

Potocznie, myśląc o wrażliwości estetycznej mamy skojarzenie z tym, co nazywamy gustem. Czy ma on tu coś do rzeczy? Czy ktoś może czuć się uprzywilejowany? Przychodzi mi na myśl kartezjański dowód na równość ludzi pod względem ich władz umysłowych: nikt zapytany nie uskarża się przecież na ich niedobór. Głupotę lubimy zarzucać wyłącznie innym. Podobnie jest z dobrym gustem. Wszyscy go mamy. Tylko dlaczego otacza nas tyle brzydoty? Gust to temat tabu, o którym, jak wiadomo nie dyskutuje się. Podważając czyjeś kompetencje w tej kwestii głęboko obrażamy jego uczucia. Wyjątkiem są projektanci (architekci, graficy, artyści). Ich dobry gust możemy podważać zawsze i na wszelkie sposoby. Projektant nie ma przecież prawa nikomu niczego narzucać. Wywyższać się, twierdzić, że wie lepiej. Przecież to my - klienci, inwestorzy, użytkownicy jesteśmy najważniejsi, ergo jesteśmy miarą wszechrzeczy. Także sami najlepiej na wszystkim się znamy, nawet na sprawach, które powierzamy innym. 

Podstawą uczciwości w podejściu do (każdego) tematu jest odpowiednia ilość pokory, którą powinni wykazać się wszyscy zainteresowani. Dobry design cechuje skromność. Projektowanie słusznie odżegnuje się dzisiaj od protekcjonalnego podejścia. Pycha rzeczywiście może tu być niebezpieczna. Zachodzi wtedy, kiedy ktoś naprawdę uzna, że wie lepiej i swoim projektem zamierza na nas wpłynąć, nakłaniając lub odwodząc od pewnych działań czy praktyk. Słowem, kiedy pragnie się użytkownika u p u p i ć.  Design nie powinien również, celowo lub nie, wykluczać żadnej grupy. Powinien służyć raczej wyrównywaniu szans. Oczywistym skojarzeniem jest znoszenie barier architektonicznych dla niepełnosprawnych, czy udogodnienia dla dzieci ale istnieje mnóstwo innych, mniejszych przykładów ułatwiania życia przeróżnym nieuprzywilejowanym grupom. Choćby nożyczki dla leworęcznych itp.

KASKA proj. A. Wianecka. Miejski kask rowerowy dla kobiet. Make me! 2015

Projektant powinien zatem być zarazem odważny (wizja) i skromny. Zachowując dystans do własnej pracy jednocześnie nie musi usuwać się w cień. W wielu sprawach ufamy specjalistom. Dlaczego design w dziedzinie produkcji przemysłowej czy w sferze przestrzeni publicznej traktujemy po macoszemu? Dobry gust (który, co zostało udowodnione, mamy wszyscy) nie wystarczy. Prawdziwym znaczeniem autorytetu jest to, że komuś wierzysz, ponieważ swoją wiedzą i postawą zasłużył sobie na zaufanie. Autorytet nie jest arbitralny czy narzucony, zostaje wypracowany. Na tym powinno polegać zawierzenie designerom. Na owym kredycie zaufania, którym ich obdarzymy. Są wszakże w swojej dziedzinie fachowcami. Mają szereg kompetencji, wiedzę i doświadczenie. To jest ten wkład, który projektanci mogliby włożyć w ulepszenie świata... gdybyśmy tylko im na to pozwolili.