Jaime Hayon – 5 rzeczy, za które kocham jego projekty

Jaime Hayon   fot.:http://www.hayonstudio.com

Od początku tworzenia bloga miałam ochotę napisać o jednym z moich ulubionych, jeśli nie ulubionym, zagranicznym projektancie. W związku z tym, że blog jest głównie o polskim designie, jakoś się nie składało. Aż do teraz. W zeszłym tygodniu organizatorzy Łódź Design Festival ogłosili, kto będzie gościem specjalnym, tegorocznej (odbywającej się wyjątkowo w maju) imprezy. Pretekst do napisania tego wpisu w końcu się znalazł ponieważ Jaime Hayon przyjeżdża do Polski!

 Kolekcja tapet dla Eco Wallpaper   fot.: http://www.hayonstudio.com

Hiszpański designer, urodzony w Madrycie w 1974 roku ma na swoim koncie nie tylko współpracę z takimi firmami jak: Fritz Hansen, Magis, Bisazza, Swarovski, The Rug Company, czy Mooi. Zaprojektował także wiele obiektów i wnętrz publicznych m.in. znanych hoteli, restauracji czy sklepów na całym świecie. Jego prace pojawiły się w najbardziej prestiżowych publikacjach. Projektant otrzymał za nie także szereg nagród. Magazyny „Wallpaper” i „Time” zaliczyły go do grona 100 najważniejszych twórców naszych czasów. Można z pewnością powiedzieć, że Jaime Hayon od dobrych kilku lat ma status światowej gwiazdy designu.

Hotel Barceló Torre De Madrid   fot.: http://www.hayonstudio.com

Jaime Hayon to jednak także, a może przede wszystkim, artysta. Jego prace są wystawiane i znajdują się w zbiorach muzeów i galerii na całym świecie, w tym m. in. w paryskim Centre Pompidou. Interesują się nimi także uznani kolekcjonerzy sztuki. Projektant jest jednym z tych twórców, którzy wynoszą design do rangi sztuki i tworzą sztukę, która przemawia do wszystkich.

Wystawa indywidualna Funtastico w holenderskim Groninger Museum   fot.: http://www.hayonstudio.com

Tym, co zdecydowanie wyróżnia twórczość Jaimego Hayona jest jego niepowtarzalny styl. Jego projekty na większości twarzy wywołają uśmiech. Są dekoracyjne i zabawne. Projektant lubi wyraziste kolory i zaokrąglone, przyjemne dla oka kształty. Często przedmioty przybierają antropomorficzne czy animalistyczne formy. Świat, który za ich pomocą tworzy jest jak z retro-futurystycznej, artystycznej baśni albo ze snu. Jest dosłownym przeciwieństwem tego, co nazywamy „szarą rzeczywistością”. O przedmiotach, które również zdają się mówić, że design i życie mogą być dobrą zabawą, pisałam także w ostatnim wpisie – tutaj.

Fotel RO dla marki Fritz Hansen   fot.: http://www.hayonstudio.com

Jaime Hayon to twórca multidyscyplinarny. Dzięki swej nieposkromionej i nie ujętej w karby, chciałoby się powiedzieć dziecięcej kreatywności, z sukcesem tworzy w różnych dziedzinach projektowania i z różnych materiałów, przekraczając ograniczenia tworzywa, formy i funkcji. Jego dzieła są niekonwencjonalne, łamią tabu ale nie szokują. Raczej bawią i cieszą.

The Baccarat Zoo   fot.: http://www.hayonstudio.com

Projektant bardzo ceni sobie produkty wykonywane ręcznie i tradycyjne rzemiosło. Szczególnymi względami darzy ceramikę. Kunszt wykonania łączy z nowatorską, zaskakującą formą, co doceniają luksusowe, rzemieślnicze marki z tradycjami, takie jak producent kolekcjonerskich figurek Lladro, które chcą iść z duchem czasu.

The Fantasy Collection dla LIadro   fot.: http://www.hayonstudio.com

Na koniec lista pięciu rzeczy, za które uwielbiam Jaimego Hayona:

1.  Za odwagę bycia artystą w świecie designu – upominanie się o miejsce dla sztuki użytkowej.

2.  Za stworzenie Ro – fotela doskonałego – niedoścignionego ideału współczesnego „uszaka”.

3.  Za poczucie humoru w projektowaniu, które także w życiu bywa niedoceniane a potrafi burzyć mury.

4.  Za to, że design może być antydepresantem i przywracać radość życia (bo już samo na niego patrzenie poprawia humor).

5.  Za szczerość i dopuszczenie do głosu wewnętrznego dziecka.

… oraz za zieloną kurę na biegunach. Tak po prostu, za to że jest.

Green Chicken   fot.: http://www.hayonstudio.com

Źródła:

http://www.hayonstudio.com/design/

http://www.lodzdesign.com/news/jaime-hayon-na-ldf2018/

Design dla dzieci

Powiedzenie „nie oceniaj książki po okładce” jest prawdziwe wyłącznie w znaczeniu przenośnym, kiedy nie dotyczy… książek a szczególnie książek, czy w ogóle zabawek dla najmłodszych. Zalecenie w tym przypadku powinno brzmieć przeciwnie. Oceniajmy to, co trafia do rąk naszych dzieci. Cenzura jest w tym przypadku jak najbardziej wskazana i polecam ją wbrew przekonaniu, w mojej opinii mylnemu, że w imię poszanowania autonomii naszych pociech, w ogóle nie należy narzucać im swoich gustów estetycznych i pozwalać na samodzielny wybór przedmiotów, którymi się otaczają.

Po pierwsze, wybory zakupowe naszych dzieci nigdy nie są samodzielne. Autonomia konsumencka w naszych czasach jest bardzo trudno osiągalna nawet dla dorosłego. W przypadku dzieci to założenie czysto teoretyczne. Jeśli nie my, „pomoże” dzieciom wszechobecny, skierowany bezpośrednio do nich, marketing lub presja rówieśników. Po drugie uważam, że kształtowanie wrażliwości estetycznej jest elementem wychowania tak samo ważnym jak. np. dbanie o zdrowie i higienę czy nauka empatii. To my, jako rodzice jesteśmy odpowiedzialni za stworzenie pozytywnych wzorców, również w tej dziedzinie. Jesteśmy przecież głównym łącznikiem naszych dzieci z kulturą.

Będąc z jednej strony przekaźnikiem kulturowego dziedzictwa, wprowadzając dzieci w świat osiągnięć poprzednich pokoleń powinniśmy jednocześnie pozwolić im wypracować mechanizmy krytycznego odnoszenia się do tegoż dziedzictwa. Wyrobienie odruchu krytycznego myślenia jest w ogóle jedną z najważniejszych rzeczy, z którą wysyłamy dorosłe dzieci w świat. Staje się to bardzo ważne w rzeczywistości rynkowej, zdominowanej przez reklamę i niewidzialną hegemonię wielkich marek. Podsuwając, maluchom mądrze zaprojektowane przedmioty dajemy im więcej wolności niż mogłoby się wydawać. Otwieramy przed nimi nowe, alternatywne rzeczywistości myślowe, na przykład poprzez zburzenie przekonania o tym jak powinna wyglądać zabawka czy książka.

No właśnie, wróćmy do książki. Graficzna strona wydawnictw dla dzieci jest, w moim przekonaniu, tak samo ważna jak tradycyjnie rozumiana treść. Z własnego dzieciństwa pamiętamy głównie te książki, które wyróżniały się nieprzeciętnymi ilustracjami. To one pobudzały naszą wyobraźnię i odcisnęły się w naszej pamięci, zostały nośnikiem wspomnień.

W nowocześnie zaprojektowanej książeczce jej strona wizualna jest składową treści, zespala się z nią. Granice pomiędzy jednym i drugim znikają. Czyż to nie jest bliższe dziecięcemu patrzeniu na świat?

Wygląd, forma przedmiotów, które dzieci otrzymują do zabawy powinna pozostawiać im pole do swobodnej twórczości, pobudzać ich kreatywność i wolne(!) myślenie. Tymczasem grzechem kiczu jest przesadna dosłowność. Próba, zwykle nieudolna, oddania rzeczywistości niejako w skali 1:1, tyle że z pominięciem jej wad czy ciemnych stron. Taki polukrowany hiperrealizm, bez cienia tajemnicy. Dodatkowo cechuje go swoisty horror vacui  – przezwyciężony przed tysiącami lat w sztuce lęk przed pustą przestrzenią. Objawem tej „choroby” jest również użycie wszystkich dostępnych kolorów farby drukarskiej czy plastiku. Podejście „na bogato” znają dobrze rodzice najmłodszych. Nie raz zapewne zastanawiają się czy naprawdę tzw. zabawka rozwojowa musi jednocześnie jeździć, mówić, świecić, grać i trąbić a także być we wszystkich odpustowych wersjach kolorów tęczy? Gdzie tu miejsce na rozwój? Nie dziwi mnie, że takie zabawki wyjątkowo szybko się nudzą. Sposób ich użycia jest na ogół tylko jeden, ściśle narzucony przez producenta.

Za kontrprzykład niech posłużą klasyki literatury skandynawskiej takie jak Pippi Pończoszanka Astrid Lindgren, której kultowe ilustracje autorstwa Ingrid Nyman ograniczają się do czterech podstawowych kolorów, czy seria Julek i Julka Annie M. G. Schmidt z oszczędnymi czarno-białymi ilustracjami Fiep Westendorp narysowanymi piórem. Nie ma nic bardziej mylnego niż przeświadczenie, że dzieci lubią tylko to, co maksymalnie kolorowe i krzykliwe.

Nieprawdziwe jest również myślenie o designie jako czymś dla dzieci nieprzystępnym, zbyt trudnym w odbiorze. To my, dorośli możemy uczyć się od dzieciaków niestereotypowego myślenia. Wyjście poza schemat jest trudne dla dorosłego, nie dla dziecka, a to z tej prostej przyczyny, że dziecko nie zdążyło schematów jeszcze nabyć. Dlatego przemówią do niego zabawki zaprojektowane z zacięciem artystycznym, formalnie niedopowiedziane lub te tradycyjne, bardzo proste, mogące stać się czym tylko chcemy dzięki odrobinie wyobraźni.

Wszystko zależy jednak od konkretnego młodego człowieka, jego indywidualnych predyspozycji, preferencji i zainteresowań. Trafiony prezent uwzględnia przede wszystkim upodobania obdarowywanego. Dziecko nie jest wyjątkiem od tej reguły. Zanim coś kupimy zastanówmy się kim jest, co lubi a co je nudzi. Czy mamy do czynienia z żądnym wiedzy neurotykiem, ruchliwym poszukiwaczem ekscytujących przygód, artystyczną duszą czy estetką. Gra planszowa czy raczej hula hop? Encyklopedia czy książeczka po której można do woli mazać? Niezależnie od tego którą rzecz wybierzemy, zwróćmy uwagę na piękny design. Dzieci, wbrew temu co sądzą niektórzy, także go docenią.

„Szkice z przyszłości” wydawnictwo Papierówka

Oczywiście zupełnie nie wyeliminujemy tych masowo produkowanych zabawek z życia i pokoi naszych dzieci. Wcale też nie musimy tego robić. Gdzie zatem znaleźć złoty środek? Jak ograniczyć ilość przedmiotów wątpliwej jakości estetycznej posiadanych przez nasze dzieci? Na to w każdej rodzinie odpowiedź będzie inna. Osobiście nie jestem zwolenniczką zakazywania starszym dzieciom kupowania pewnego typu zabawek dlatego, że wydają się nam szkaradne czy kontrowersyjne. Zamiast tworzenia nieosiągalnego tabu, co paradoksalnie może sprawić, że zabawka będzie tym bardziej pożądana, rozmawiajmy z dziećmi o tym co nas w owej zabawce niepokoi czy budzi nasz sprzeciw. Nie zabraniajmy całej rodzinie kupowania dziecku Barbie, jeśli jest w pewnym momencie obiektem westchnień. Zwróćmy jednak mimochodem uwagę na to, że żadna żywa kobieta nie mogłaby mieć takich proporcji ciała, obcasy nie są wygodne na co dzień i że to dobrze, że jako ludzie różnimy się od siebie wyglądem i cechami charakteru. Dla każdej małej księżniczki (i księcia) i tak najważniejsze jest to co mówią (i robią!) rodzice. Poza tym bawmy się czasem z naszymi dziećmi! Uczestniczmy w ich zabawach i przypatrujmy się im. Zdziwimy się jak wiele możemy się z nich dowiedzieć, także o sobie. Jeśli chodzi o zabawki to „nie dajmy się zwariować” i nie „napinajmy się” za bardzo. Niech będą różne. Kultura masowa jest częścią naszego świata i świata najmłodszych. Nie uciekniemy od tego i nie musimy. W końcu pluralizm czy wielokulturowość jest najwyższą, jak dotąd, formą rozwoju ludzkich wspólnot. Niech więc pokój naszego dziecka pozostanie tym radosnym, postmodernistycznym miksem. Mieszanką popkultury i klasyki, przyszłości i tradycji. Główna zasada głoszona przez psychologów mówi przecież, że najważniejsze jest nie to czym dzieci się bawią ale jak to robią. Nieważne czy na „przyjęcie” przyjdzie drewniana matrioszka czy Furby, brązowy miś bez ucha czy różowy kucyk. Ważne kim są dla dziecka i kim się staną w tej jednej zabawie. W kogo się przemienią. Przecież każdy, jeśli się postara, może być tym, kim tylko chce, prawda?

Tematu podziału na tzw. zabawki dziewczęce i chłopięce nie będę szczególnie rozwijać ponieważ jestem przekonana, że Ty, drogi czytelniku nie należysz do rodziców zabraniających synom uczesać lalkę w warkocz czy pograć w grę „dla dziewczyn” a córkom zagrać w piłkę nożną czy majsterkować. Na ten temat wszystko, mam wrażenie, zostało już powiedziane. Statystyka oczywiście nie kłamie i podział zainteresowań, mniej więcej, reprezentuje większość populacji. Co nie znaczy, że mamy ulegać stereotypom. Wręcz przeciwnie zachęcajmy dzieci do zabaw uważanych za przypisane do przeciwnej płci. Pozwoli im to wykształcić potrzebne w dorosłości cechy, których na co dzień nieświadomie czy z rozpędu (bo wierzę, że nie z przekonania) się nie premiuje. Na przykład dziewczynkom zaradność, siłę, asertywność a chłopcom opiekuńczość czy empatię.

Z wieloma rzeczami, takimi jak zdobycze cywilizacji, dzieci doskonale poradzą sobie same. Postęp technologiczny zaczął nas bowiem wyprzedzać i to nasze dzieci stają się ekspertami, głównymi użytkownikami i odbiorcami jego coraz to nowych wytworów. My bądźmy ich świadomym łącznikiem z przeszłością. Uczmy krytycznego namysłu i selekcji bodźców. Stańmy się autorytetem również w dziedzinie dobrego smaku. Stawiajmy na dobry design!

Co to jest design?

Na początek wytłumaczę się ze stosowania obcego terminu. Dlaczego „design”? Czemu nie użyć polskiego słowa? Wiem, wiem: „Polacy nie gęsi…” zwykle także jestem przeciwniczką zapożyczeń czy językowych kalek. Usprawiedliwieniem ich użycia może być tylko brak właściwego odpowiednika. Tak jest też w tym przypadku. Definicja angielskiego słowa „design” (dopuszczalna również spolszczona pisownia: „dizajn”jest po prostu szersza, bardziej pojemna od polskich odpowiedników i na tym polega jej przewaga. Pojęcie designu zawiera zarówno to, co mamy na myśli mówiąc „wzornictwo” czy wzornictwo przemysłowe” jak i to, co rozumiemy przez „projekt”. Określeń polskich można używać zamiennie, w zależności od kontekstu, jednak  „design” obejmuje wszystko. „Designer” to projektant. Design to zarówno przelany przez niego na papier czy monitor komputera zamysł, wzór, projekt właśnie, jak i immanentna cecha zmaterializowanego efektu jego pracy. Inaczej mówiąc design to zarówno projektowanie, jak i właściwość rzeczy, które zostały zaprojektowane. Design to cały proces zawarty w jednym słowie.

Co to za cecha, o której mowa? Czym jest design jako właściwość wytworzonej rzeczy? Ogólnie mówiąc, chodzi o to j a k i będzie przedmiot (a także przekaz graficzny, czy nawet usługa), jaką szeroko pojętą f o r m ę przybierze. Nie mam jednak na myśli jedynie wyglądu owej rzeczy. Niekiedy utożsamiamy design z wyglądem. Jest to rozumienie bardzo zawężone, wypaczające sens projektowania. Forma przedmiotów, którymi jesteśmy na co dzień otoczeni nie jest dowolna, musi być podporządkowana ich funkcji. Funkcja przedmiotu – to do czego jest nam potrzebny, stanowi niejako jego treść. Forma ma zaś tej treści jak najlepiej służyć. Wygląd w designie nie jest czystą ekspresją projektanta czy „sztuką dla sztuki” ale wypadkową wielu założeń, które przedmiot winien spełniać. Projektant jest po trosze artystą, wynalazcą, jak i rzemieślnikiem czy inżynierem. Design to złożony proces, którego najważniejszym ogniwem jest odbiorca. Zadanie designera jest odpowiedzialne, ponieważ to za jego sprawą życie zostanie nam ułatwione lub choćby uprzyjemnione, bądź przeciwnie, będziemy się przez niego potykać, garbić lub tracić wzrok.

Co zatem z urodą przedmiotów? Czy z tego wynika, że jest nieważna, drugorzędna? Na pewno nie. I w tym także głowa projektanta. Piękno jest wartością, której bym nie umniejszała. Różnimy się typem wrażliwości i sposobem patrzenia na świat. Piękno może być różnie postrzegane i inaczej ustawione w naszej osobistej hierarchii. Jednak obcowanie z nim z pewnością jest ludzką potrzebą domagającą się zaspokojenia.

Tylko, jak mówi powiedzenie, czy ładne jest to, co ładne, czy to, co się komuś podoba? Nie ma niestety uniwersalnej odpowiedzi. Jak głosi jedna z ważniejszych prawd psychologii, każdy dostrzega w otoczeniu to, co „chce” zobaczyć. Nie jesteśmy odpowiedzialni za reakcje innych osób, ponieważ tak naprawdę, nie mamy na nie wpływu. Próby estetycznego zadowolenia wszystkich nigdy nie przynoszą niczego dobrego. Zwykle kończą się powielaniem schematów, asekuranctwem czyli wizualną nudą lub przeciwnie – nadmiarem i kiczem. Zamiast starać się przypodobać, projektant powinien mieć możliwość bycia odważnym i pragnąć zarazić odbiorców swoją wizją. Mając jednocześnie świadomość, że projekt mimo wszystko części osób nie będzie odpowiadał.

Gmach Filharmonii im. M. Karłowicza w Szczecinie projektu studia Barozzi. Fot. Filip Kacalski filharmonia.szczecin.pl

Z rozumieniem designu wiąże się paradoks. Z jednej strony jest on wszędzie i we wszystkim, zewsząd nas otacza. Z drugiej strony postrzegamy go jako pewien luksus, nieobecny w codziennym życiu. Jak to możliwe? Design można porównać do pogody. Tak, jak zawsze jest j a k a ś pogoda, tak technicznie, wszystko ma j a k i ś design, ponieważ zostało jakoś zaprojektowane i wyprodukowane. Rzecz w tym czy j a k o ś czy odpowiednio i z należytą dbałością. Mówiąc „nie ma pogody” mamy na myśli pogodę byle jaką, nie-przyjemną. Tak samo „brak” designu odczuwamy negatywnie – jako coś przykrego, co nam doskwiera. Brak decyzji jest decyzją. Nie przykładając wagi do tego, by produkty i nasza przestrzeń były rzetelnie i fachowo zaprojektowane popełnia się grzech obojętności, zbrodnię zaniechania.

Pieczątka modico R45 zaprojektowana przez Matyldę Golędzinowską i Bogusława Małczyńskiego nagrodzonych prestiżowym wyróżnieniem Red Dot 2010 w kategorii biuro.

Opis wspomnianego wyżej, dotkliwego braku czegoś, co jednak jest, ów nie-design czy anty-design, znalazłam w książce „Ostatnie Historie” Olgi Tokarczuk.  Autorka wymieniając otaczające bohaterkę przedmioty opisuje coś w rodzaju czyśćca czy stanu przejścia pomiędzy życiem a śmiercią, w którym ta się znalazła:

„Zobaczyła mały bar przy drodze, z namalowanym na białym tynku Kaczorem Donaldem. (…) Było to nieduże pomieszczenie całe obite plastikowymi, białymi panelami. Podłoga była wyłożona szarą, zimną terakotą. Bufet i wszystkie meble odlano z białego plastiku – ogrodowe krzesła i stoliki z dziurą w środku, w którą wstawia się parasol, wieszaki przy drzwiach, półki pod sztuczne kwiaty, doniczki. Wszystko inne było czerwone – solniczki i cukierniczki, pojemniki na serwetki, nylonowe zasłonki w oknach, obszyte białą koronką. Wszędzie nieznośny kontrast bieli i czerwieni (…) Wtedy kelnerka przyniosła jej jedzenie: sześć pierogów na plastikowym talerzu, polanych tłuszczem ze skwarkami. Obok położyła plastikowe sztućce na białej serwetce. I po drugiej stronie barszcz w plastikowym, miękkim od ciepła kubeczku. Barszcz był z torebki, a pierogi musiały być gotowe (…). Wzięła do ust kęs, nie miał smaku, był ciepły, to wszystko”.

Czy przygnębiająca puenta musi być taka, że w Polsce design „ani nas ziębi ani grzeje”. Generalnie wszystko nam jedno, byle było w barwach narodowych? Czy może jednak wszechogarniająca nas lichość stała się w pewnym momencie wystarczająco nieznośna, żeby chcieć wyjść z owej stagnacji i projektowego nie-bytu?

Design to szeroki temat społeczny, dotyczący nas wszystkich, który często traktuje się jednak jak niszową dziedzinę związaną z produkowaniem ekskluzywnych dóbr. Wspomniane, dość powszechne skojarzenie z tym słowem streszcza się w znienawidzonym przeze mnie przymiotniku „designerskie”. Ten słowny koszmarek straszy mnie od dawna w różnych wypowiedziach, redukując design do tego, co luksusowe i ekstrawaganckie – czytaj: drogie i na pokaz. Za sprawą owego słowa zamiast oznaczać (tylko i aż) „rzecz dobrze zaprojektowaną”* design stał się synonimem snobizmu. Jak pisze Marcin Wicha  („Jak przestałem kochać Design” ) tak odświętnie rozumiany design istnieje tylko po to by uzasadniać cenę.

Jednakże, nie demonizowałabym mody na „designerskie” gadżety. Zastanowiłabym się raczej do czego one nam służą – jakie potrzeby zaspakajają? Czy chęć zamanifestowania własnego statusu, ustawienia się wyżej w hierarchii społecznej nie jest stara jak świat? Czy nie do tego od zawsze służyły przedmioty? To truizm ale gdzie i jak mieszkamy, co i na czym jadamy, w co się ubieramy i czym jeździmy może określać naszą społeczną pozycję. Nie negujmy również zupełnie potrzeby otaczania się przedmiotami wysmakowanymi. Design służy również do przyjemności. Jeśli docenimy funkcjonalny przystanek, kasownik, lub czytelne oznakowanie, dlaczego nie może cieszyć nas również piękna wyciskarka do cytrusów (i nie mam tu na myśli pewnego opatrzonego przedmiotu na stalowych nóżkach).

Design to zarówno sztuka użytkowa jak i funkcjonalne, ergonomiczne, łatwe w obsłudze przedmioty podstawowego przeznaczenia. Może być jednocześnie codziennością i odskocznią od niej. Dotyczy zwykłych przedmiotów i tych luksusowych. Nie powinien być zarezerwowany ani dla jednych ani dla drugich. Jak w życiu. Wszystko jest kwestią zachowania odpowiednich proporcji. Dobra kawa w ulubionej filiżance i chwila wolnego czasu to także luksus.

Z drugiej strony, tzw. rynek dóbr luksusowych istnieje od wieków i patrząc historycznie to on doceniał i wspierał design. Projektanci, tak jak artyści nie istnieliby kiedyś bez mecenasów i zamożnych nabywców. Demokratyczne rozumienie designu jest zjawiskiem stosunkowo nowym. Prawo do designu dla każdego to coś czego dopiero się uczymy. Choć trzeba przyznać, że jako Polacy uczymy się niezwykle wolno. Opieszale przyswajamy fakt, że dobrze zaprojektowane środowisko należy się każdemu.

Przykład z życia: Od dzieciństwa przechodzę po pewnej kładce nad dużą ulicą. Za każdym razem wchodząc lub schodząc po schodach zastanawiam się jakie ukryte intencje miały osoby odpowiedzialne za ich zbudowanie. Czy z rozbawieniem spoglądają teraz z okien któregoś z pobliskich bloków, podziwiając pochód ministerstwa śmiesznych kroków, który nam zgotowały? Każdy pojedynczy stopień starcza na około trzy czwarte kroku – idąc schodek za schodkiem drobisz jak gejsza, idąc co dwa sadzisz susy godne Johna Cleese’a.

Uczestniczyłam pewnego razu w ożywionej dyskusji na temat warszawskiego Wilanowa – jego jednorodzinnej części (epoka lemingradu miała dopiero nadejść). Chaotyczna zabudowa i budowlana samowola (modernistyczne bunkry w sąsiedztwie zamków Gargamela i dworków szlacheckich w stylu polskim) wywoływały we mnie sprzeciw, który nieopatrznie wyraziłam. Koledzy zareagowali żywiołowo, poczuli się oburzeni tym pragnieniem zamachu na osobistą wolność obywateli. Ów architektoniczny miszmasz był ich zdaniem wyrazem elementarnego, nietykalnego, przypisanego każdemu prawa zbudowania sobie, na s w o j e j działce domu tak brzydkiego i „od czapy” jak to tylko możliwe, o ile przyjdzie mu taka ochota. Prawo do wizualnego ładu brzmiało śmiesznie przy prawie do wolności. Wyobraźmy sobie człowieka maszerującego z transparentem „prawo do designu” – czy nie weźmiemy go za wariata? 

Czy zatem planowanie przestrzeni narusza prawa człowieka? Dyskusja wywołała emocje, ponieważ dotyczyła konfliktu wartości. Wbrew pozorom nie była to dyskusja błaha. Pytanie bowiem czy jesteśmy w stanie zrzec się jakiejś części swojej osobistej swobody na rzecz czegoś innego, co także ważne? Czy to, co wspólne jest dla nas wartością? Gdzie przebiega granica pomiędzy tym co prywatne i tym co publiczne? Dom jest prywatny ale krajobraz, do którego jego bryła należy już nie. Płot Kowalskiego ale billboardy na nim widzi k a ż d y, kto przejeżdża obok publiczną drogą. Design przestrzeni publicznej wymaga kompromisów i wypracowania społecznej umowy.

Opakowanie z linii kosmetyków botanicznych tołpa® botanic nagrodzone wyróżnieniem must have 2014

Potocznie, myśląc o wrażliwości estetycznej mamy skojarzenie z tym, co nazywamy gustem. Czy ma on tu coś do rzeczy? Czy ktoś może czuć się uprzywilejowany? Przychodzi mi na myśl kartezjański dowód na równość ludzi pod względem ich władz umysłowych: nikt zapytany nie uskarża się przecież na ich niedobór. Głupotę lubimy zarzucać wyłącznie innym. Podobnie jest z dobrym gustem. Wszyscy go mamy. Tylko dlaczego otacza nas tyle brzydoty? Gust to temat tabu, o którym, jak wiadomo nie dyskutuje się. Podważając czyjeś kompetencje w tej kwestii głęboko obrażamy jego uczucia. Wyjątkiem są projektanci (architekci, graficy, artyści). Ich dobry gust możemy podważać zawsze i na wszelkie sposoby. Projektant nie ma przecież prawa nikomu niczego narzucać. Wywyższać się, twierdzić, że wie lepiej. Przecież to my – klienci, inwestorzy, użytkownicy jesteśmy najważniejsi, ergo jesteśmy miarą wszechrzeczy. Także sami najlepiej na wszystkim się znamy, nawet na sprawach, które powierzamy innym.

Podstawą uczciwości w podejściu do (każdego) tematu jest odpowiednia ilość pokory, którą powinni wykazać się wszyscy zainteresowani. Dobry design cechuje skromność. Projektowanie słusznie odżegnuje się dzisiaj od protekcjonalnego podejścia. Pycha rzeczywiście może tu być niebezpieczna. Zachodzi wtedy, kiedy ktoś naprawdę uzna, że wie lepiej i swoim projektem zamierza na nas wpłynąć, nakłaniając lub odwodząc od pewnych działań czy praktyk. Słowem, kiedy pragnie się użytkownika u p u p i ć.  Design nie powinien również, celowo lub nie, wykluczać żadnej grupy. Powinien służyć raczej wyrównywaniu szans. Oczywistym skojarzeniem jest znoszenie barier architektonicznych dla niepełnosprawnych, czy udogodnienia dla dzieci ale istnieje mnóstwo innych, mniejszych przykładów ułatwiania życia przeróżnym nieuprzywilejowanym grupom. Choćby nożyczki dla leworęcznych itp.

KASKA proj. A. Wianecka. Miejski kask rowerowy dla kobiet. Make me! 2015

Projektant powinien zatem być zarazem odważny (wizja) i skromny. Zachowując dystans do własnej pracy jednocześnie nie musi usuwać się w cień. W wielu sprawach ufamy specjalistom. Dlaczego design w dziedzinie produkcji przemysłowej czy w sferze przestrzeni publicznej traktujemy po macoszemu? Dobry gust (który, co zostało udowodnione, mamy wszyscy) nie wystarczy. Prawdziwym znaczeniem autorytetu jest to, że komuś wierzysz, ponieważ swoją wiedzą i postawą zasłużył sobie na zaufanie. Autorytet nie jest arbitralny czy narzucony, zostaje wypracowany. Na tym powinno polegać zawierzenie designerom. Na owym kredycie zaufania, którym ich obdarzymy. Są wszakże w swojej dziedzinie fachowcami. Mają szereg kompetencji, wiedzę i doświadczenie. To jest ten wkład, który projektanci mogliby włożyć w ulepszenie świata… gdybyśmy tylko im na to pozwolili.

*Pisząc i mówiąc o designie w kontekście produktów właśnie takie jego rozumienie mam zawsze na myśli. Design to po prostu świetnie zaprojektowane przedmioty.

10 cech doskonale zaprojektowanego przedmiotu czyli subiektywny dekalog designu

Czym charakteryzuje się dobrze zaprojektowany przedmiot?

Katalog cech “przedmiotu doskonałego” wynika, w moim przekonaniu, z wyznawanych przez człowieka, szerzej rozumianych, wartości. Wartości wspólnych dla odbiorców oraz twórców wzornictwa. Owe pożądane zalety to takie, których poszukujemy również w innych dziedzinach życia. Przedmioty, którymi się otaczamy reprezentują to, co dla nas ważne i atrakcyjne w ogóle, także w sferze niematerialnej.

Ponad trzydzieści lat temu, jeden z najważniejszych projektantów XX wieku, Dieter Rams stworzył słynną listę dziesięciu zasad dobrego wzornictwa, nazwaną później dekalogiem designu. Designer miał zadać sobie pytanie czy jego projekty można nazwać dobrym wzornictwem i w efekcie tych rozważań stworzył swoje żelazne reguły jakości projektowania.

W moich 10 „przykazaniach” nie odnoszę się bezpośrednio do tamtego opracowania. Ich polemiczne opracowanie to temat na odrębny artykuł. Oczywiście wymienione tu zasady będą częściowo pokrywać się z tamtymi, jednak postanowiłam podejść do tematu jak najbardziej uniwersalnie, na świeżo i po swojemu.

Wyodrębniłam 10 cech. Ich kolejność jest dowolna ze względu na to, że o ile same wartości są dość uniwersalne o tyle ich hierarchia jest sprawą bardziej indywidualną. Przedstawię je więc w kolejności, w której przyszły mi do głowy.

1 Na początek funkcjonalność, którą rozumiem jako podporządkowanie całości projektu funkcji jaką projektowany przedmiot ma pełnić. Mówiąc po prostu musi on przede wszystkim dobrze spełniać swoje zadanie. Krzesło powinno być: wygodne, ergonomiczne, powinno prowokować prawidłową postawę, nie być zbyt ciężkie itd.. Lampa powinna oświetlać to, co trzeba, nie nagrzewać się. Funkcjonalność to pierwsze i oczywiste skojarzenie z rzetelnie wykonaną przez projektanta pracą. Oczywiście znamy w historii wzornictwa przykłady zignorowania tej podstawowej zasady przez artystów i projektantów.. No cóż, zasady czasem są również po to, żeby je łamać.

2 Druga, bardzo ważna według mnie cecha to piękno. Dla niektórych drugorzędne, dla mnie warunek sine qua non. Nawet świetnie działający wynalazek w naszym domu czy w przestrzeni publicznej, jeśli nie ma odpowiedniego wyglądu, irytuje, „przeszkadza”, nie cieszy naszych oczu swoją harmonią. Bez odpowiedniej formy wszystko wydaje się ułomne. Niezależnie od tego czy jest to budynek, czy filiżanka. Otwartym pozostaje pytanie czym jest piękno i czy jest kategorią uniwersalną. Załóżmy jednak roboczo, za starożytnymi, że ma ono związek z odpowiednimi proporcjami i równowagą wszystkich elementów oraz cech obiektu, co powoduje, że ów jest przyjemny w odbiorze.

3 Dalej wymienię prostotę. Zasada prostoty wiąże się po pierwsze z wymogiem by przedmiot był prosty w wytwarzaniu. Oznacza to łatwość wprowadzenia produktu do produkcji, nieskomplikowany proces produkcyjny. Równie ważna jest prostota użytkowania, przedmiot powinien być jak najprostszy w obsłudze. Wreszcie oszczędność formy, która ma nierzadko kluczowe znaczenie dla sukcesu projektu. W prostocie, jak wiadomo, tkwi geniusz. Zasada „mniej znaczy więcej” sprawdza się w wielu dziedzinach życia, także w projektowaniu wzornictwa użytkowego. Nie oznacza to oczywiście braku spektakularnych odstępstw od reguły.

4 Kolejna ważna cecha to oryginalność. Oryginalność, jako świeżość, odkrywczość, niepowtarzalność pomysłu projektanta, owoc jego kreatywności. Projektowanie to twórczość czyli wymyślanie czegoś nowego. Owa innowacyjność może przejawiać się w oryginalności formy ale także w zastosowaniu zaskakujących materiałów czy wręcz stworzeniu nowej technologii.

Za przykład może tu posłużyć technologia nadmuchiwania metalu (Fidu) opracowana przez Oskara Ziętę

5 Najciekawsze przedmioty powstają w moim przekonaniu przez spotkanie nowego z dawnym. Na styku nowoczesności i klasyki. Są dialogiem przyszłości z przeszłością. Następny punkt przyznaję zatem za twórcze nawiązanie do tradycji. Podkreślam: twórcze, tak więc nie chodzi tu o kopiowanie czy cytaty zanadto wprost. Nie każde odniesienie np. do popularnej sztuki ludowej da dobry efekt i nie otrze się o kicz. Zachowanie równowagi między jednym a drugim elementem jest, wbrew pozorom, bardzo trudne. Dialog nowego ze starym może (i powinien) być krytyczny. Projektant musi zachować dystans do tego, do czego się odnosi. Nawet jeśli swym projektem składa hołd danej epoce, nurtowi czy postaci.

Pozytywnym przykładem niech będą choćby tkaniny Fabriqua (we wzór wkomponowano fragmenty wycinanki kurpiowskiej), cz filiżanka z serwisu Circus proj. Marka Mielnickiego wyprodukowana przez porcelanę Kristoff

6 Ekologia. Tego hasła raczej nie trzeba tłumaczyć. Pożądane jest wykorzystanie materiałów z odzysku lub takich przy których wytworzeniu i rozkładzie nie zatruwa się środowiska. Ekologiczne są także produkty składane z modułów, mieszczące się w płaskich opakowaniach, oraz te wykonane lokalnie co ogranicza ich transport. Ważne są również surowce, z których produkowane są opakowania.

Niektóre z licznych przykładów: Misa Barbórka Dizajn – jednej z kilku pracowni wykonujących przedmioty wyplatane z gazet, lampy Kafti składane z płaskich elementów, pakowane w tekturowe opakowania przypominające kształtem pudełka do pizzy.

7 Odpowiedzialność społeczna. To także wydaje mi się oczywiste. Nie chciejmy budować własnego dobrobytu na niedoli innych. Upewnijmy się, że sprzęty, których używamy nie są wytworem niewolniczej pracy ludzi na drugim końcu Świata.

Wszystkie marki sprzedawane w sklepie www.polishdesignnow.com wytwarzają swe produkty lokalnie i kontrolują całość procesu produkcji.

8 Kolejną cechą, którą wyjątkowo cenię we wzornictwie jest poczucie humoru. Żart, dowcipna aluzja, którą zawiera projekt. Jego gra z odbiorcą. Gra jako gra wyobraźni ale także gra w skojarzenia.

Porcelanowa cukiernica KOŃ proj. Barbara Śniegula

9 Najlepiej jeśli zabawa z odbiorcą sięga jeszcze dalej. Kiedy pozostawia się użytkownikowi pole do własnej kreatywności. Daje się mu możliwość dowolnej aranżacji przedmiotu oraz dostosowania go do własnych potrzeb. I to jest kolejny punkt – owa modalność, elastyczność, otwartość czy raczej niedomknięcie projektu.

10 Z ostatnim kryterium, przyznam się, mam problem. Byłyby to dwie powiązane kategorie: trwałość oraz ponadczasowość. Trwałość to przymiot, do którego tęsknimy w czasach wszechogarniającej jednorazowości i tandety. Trwałość oznacza wysoką jakość wykonania, precyzję, dbałość o szczegóły, użycie wysokiej jakości, szlachetnych materiałów itd.

Jednak, po pierwsze nie zawsze jest to wykonalne, żeby przedmiot był nieśmiertelny. Oczywiście bardzo ważne jest, żeby nie był tandetny i nie zepsuł się po kilkukrotnym użyciu. Wszystko zależy od tego, czy mówimy o dębowym stole czy o zabawce z tektury. Ta ostatnia może się zużyć, znudzić i ma do tego prawo. Gruba tektura jest odporna ale bez przesady. Nie na dzieci. Mówiąc poważnie: Projektowanie obejmuje rzeczy zarówno trwałe jak i nie trwałe. Nieco inaczej ma się sprawa z ponadczasowością wzoru. Należy tu uwzględnić zmienność życia w ogóle – nie tylko trendów ale i zmieniające się ludzkie potrzeby czy upodobania. Jako kultura i cywilizacja nie stoimy w miejscu. Ponadczasowość formy jest więc również problematyczna. Jednakże, z drugiej strony, dobra awangarda przecież nie starzeje się, tylko zamienia w klasykę. Mimo zmieniających się trendów styl zawsze pozostaje.

Stół z donicą In Wood We Trust, Samolot z tektury Trzy Myszy

Po jedenaste… dodatkowo dorzucę jeszcze przyjazną cenę. O tę kwestię większość polskich projektantów dba szczególnie. Chcą aby zaprojektowane przez nich przedmioty były dostępne dla każdego. Na polskim rynku realia są zresztą takie, że rodzimi młodzi projektanci często konkurują z dużymi marketami. Cena ma bowiem decydujące znaczenie przy większości decyzji zakupowych klientów.

Laampa wykonana z giętkiego, plastycznego przewodu Jest przykładem oryginalnego i niedrogiego gadżetu.

Oczywiście każdy odbiorca doda jeszcze kryterium własnego gustu. Dana rzecz może nam się po prostu podobać lub nie. Przedmiot może mieć lub nie mieć „tego czegoś”, co nas poruszy, zaintryguje, sprawi, że zapragniemy by nam towarzyszył na co dzień.

Zatem szukajmy tych idealnych produktów. Wybierajmy świadomie. Miejmy odwagę podążać za swą intuicją.

Na koniec projekt, który w moim przekonaniu spełnia wszystkie wspomniane kryteria. Żyrandol Maria s.c. to oryginalny pomysł projektantki, Magdy Jurek. Konstrukcja żyrandola jest bardzo prosta – składa się z wykonanych ze sklejki obręczy z otworami oraz kilkudziesięciu szklanych probówek. Efekt jest zaskakujący i zachwyca. Swą piękną, subtelną formą lampa nawiązuje do tradycyjnych żyrandoli art deco. Nazwa lampy to dowcipny hołd złożony Marii Skłodowskiej – Curie. To jednak nie wszystko. Lampa może przechodzić wciąż nowe metamorfozy zależne wyłącznie od naszej kreatywności, albowiem probówki możemy np. wypełnić kolorowym płynem (zestaw barwników spożywczych w komplecie), włożyć do nich kwiaty, gałązki… Żyrandol dostępny jest w dwóch wersjach – podwójnej i pojedynczej. Lampę wykonano z naturalnych materiałów, i wyprodukowano w Polsce. Żyrandol składa się z osobno zapakowanych elementów. Maria s. c. to także przykład na doskonały design w niewygórowanej cenie.